Z DZIEJÓW PRAWOSŁAWIA W POLSCE - Relacje międzywyznaniowe <!--%IFTH1%0%-->- <!--%IFEN1%0%--> - Katalog artykułów - Strona Jana pielgrzyma
Czwartek, 2016-12-08, 6:00 AM

Strona Jana pielgrzyma

Menu
Wejście
Kategorie
Pielgrzymki [27]
Bliski wschód [11]
Relikwie i cudowne ikony [27]
Tradycje prawosławia [27]
Relacje międzywyznaniowe [32]
Rozważania teologiczne [42]
Inne [45]
Wyszukiwanie
Statystyka

Online razem: 1
Gości: 1
Użytkowników 0

Katalog artykułów

Główna » Artykuły » Relacje międzywyznaniowe

Z DZIEJÓW PRAWOSŁAWIA W POLSCE
Jak wiemy, w 2003 r. Sobór Biskupów Prawosławnej Cerkwi w Polsce zaliczył do grona świętych kilkanaście osób z terenów Chełmszczyzny i Podlasia, które poniosły śmierć męczeńską w latach 40-tych ub.w. z rąk band, rekrutujących się z tzw. „wyższej cywilizacji zachodniej’, czyli katolików. Kanonizacja tych osób była wielkim wydarzeniem w życiu naszej Cerkwi. Wśród grona świętych znalazły się osoby zarówno duchowne jak i świeckie. Śmierć męczeńską ponieśli tylko dlatego, że wyznawali prawosławie i nawet pod groźbą śmierci nie przyjęli katolicyzmu.
 
Męczeńską śmierć za wiarę, za Chrystusa, nazywamy „Triumfem Prawosławia”. Słowo „triumf” to nic innego jak zwycięstwo. A więc męczeńska śmierć tych świętych to wieniec i korona dla narodu za wieloletnie cierpienia, zniewagi, prześladowania i nieraz śmierć. Pozyskaliśmy więc skarb niezwykły – swoich orędowników u Tronu Bożego, męczenników Chełmskich i Podlaskich.
 
Śmierć tych ludzi to niemal końcowy etap prześladowań za wiarę. Co działo się wcześniej - zajrzyjmy do dokumentów. Jednym z nich są Wspomnienia Metropolity Chełmskiego Eulogiusza dotyczące sytuacji po roku 1905, po ukazaniu się dokumentu carskiego: ”Ukaz o wolności sumienia”. Poczytajmy więc:
 
„Burza stopniowo przybliżała się i do nas. Rozszalała się na dobre nad Chełmszczyzną w 1905 r. Ukaz o wolności sumienia! Wspaniała idea, która w warunkach życia w naszym kraju doprowadziła do wściekłej walki katolicyzmu z Prawosławiem. Gdy tylko nowe prawo zostało opublikowane, wszystkie wsie były zasypane ulotkami i broszurami, wzywającymi do przechodzenia na katolicyzm. Agitacji towarzyszyły fałszywe pogłoski, plugawe oszczerstwa: Car już przeszedł na katolicyzm… przechodźcie i wy! Jan Kronsztadzki również przyjął katolicyzm – bierzcie z jego przykład! Ludzie pogubili się…
 
Na Wielkanoc byłem dosłownie zasypany listami od duchowieństwa ze wsi. Na tej podstawie mogłem wnioskować jak poważna jest sytuacja. W terenie panował nie tylko smutek, ale prawdziwa panika. „U nas burze i falowania, łzy i lament… wyjaśnijcie, pomóżcie! Oto płacz skierowany do mnie. Informowano mnie, że katolicy nazywają nasze wojenne niepowodzenia karą Bożą na Cara za ciemiężenie Polaków; Japończyków nazywają „narzędziem gniewu Bożego”, mówią, że papież posłał im błogosławieństwo… W masach społecznych stworzyło się wrażenie sytuacji bez wyjścia. Przyznam się, administracja i my, przedstawiciele Cerkwi Prawosławnej, byliśmy zagubieni. Do mnie zaczęli przyjeżdżać duchowni, prosząc o pomoc; płaczą, martwią się: „Jeśli stan taki trwać będzie dłużej, wszyscy przejdą na katolicyzm…” Doszły do nas słuchy, że tajni unici (było ich ok. 100 tys.) rzucili się do kościołów, ciągnąc za sobą małżeństwa mieszane. Szlachta polska przystąpiła do natarcia z całym okrucieństwem ucisku materialnego wobec zależnych od nich prawosławnych mieszkańców. Ludziom bez ziemi (batrakom) oznajmiono, że na służbie mogą pozostać pod warunkiem przejścia na katolicyzm, w przeciwnym razie będą zwolnieni. Były też groźby i zachęty: Pani Zamojska obiecała dać krowę każdej rodzinie, która przyjmie katolicyzm…
 
Na moim arcybiskupim dziedzińcu zaczęły gromadzić się tłumy ludzi we łzach i narzekaniach, błagając o pomoc: „Przepadliśmy… Co mamy czynić?” Trzymajcie się, nie załamujcie się – mówiłem. A oni pogrążeni w smutku odpowiadali: „A jak się nie załamywać? I prawda, jak można było żądać od nich takich rzeczy? Sytuacja najbiedniejszych była bez wyjścia. Wynagrodzenie dostawali minimalne (inni nie otrzymywali w ogóle), szlachcic dawał im dach nad głową (czwartak, czyli kąt, czwartą część izby), świnię, krowę, ogród i określoną ilość ziarna i mąki zależnie od urodzaju. Co mogli począć w takich warunkach. Wielu, bardzo wielu przygniecionych taką sytuacją, przyjęło katolicyzm; prawda, nie wszyscy „wg sumienia” niektórzy tylko formalnie, a w duszy pozostawali wiernymi Prawosławiu i w nocy chodzili do naszych duchownych. Jednakże zewnętrzny sukces katolików był bezsporny. Księża triumfowali, ogłosili nagrodę 1 rubla każdemu, kto nawróci jedną prawosławną duszę na katolicyzm.
 
Sytuacja na Chełmszczyźnie była tak groźna, że nie można było zwlekać i postanowiłem pojechać do samego centrum wydarzeń – tam gdzie według mojego rozeznania było najgorzej: łzy, bijatyki, podpalenia, a nawet morderstwa… Zapytałem arcybiskupa Warszawskiego Heronima, lecz on odradzał mi wyjazdu. „Was tam zamordują” – pisał. Z trudem przekonałem go.
 
Wyjechałem do Zamościa – do samego centrum propagandy katolickiej. W tym samym czasie wyjechał tam Lubelski biskup katolicki. Poprzednie przepisy policyjne były surowe – biskup katolicki nie miał prawa wstępu na terytoria okręgów rosyjskich. Teraz zaporę usunięto. Jechał on w karocy, udekorowanej białymi różami w eskorcie młodzieży polskiej (żołnierzy) w pięknych strojach; wieźli go nie drogą, a na przełaj, aby koła jego bryczki oświęciły pola. Tak wyglądała sceneria zwycięskiego pochodu katolików…
 
Mnie oczekiwała we wsiach inna sceneria. Podjeżdżam pod cerkiew – spotykam biedne, zastraszone twarze, płaczącego duchownego, słyszę wołania: Władyko, broń nas. Jesteśmy sierotami… Giniemy! Ja przemawiam, przekonuję, lecz podniesienie ducha w narodzie w pojedynkę jest niemożliwe. W ciągu jednego dnia objechałem wiele wsi. Byłem też w Radocznickim monasterze, a stamtąd udałem się do Zamościa. Podjeżdżając do miasta byłem załamany, wydawało się, że wszystko już stracone…
 
Biskup katolicki i ja wjechaliśmy do miasta w tym samym czasie lecz z przeciwległych stron. Jego spotkali katolicy, którzy sami wprzęgli się do karocy i przewieźli tak pod sam kościół. Po obu stronach ulicy podniecony tłum. W pierwszych szeregach wystrojone polskie damy i dziewczynki w białych chusteczkach z kwiatkami w rękach, szlachta w strojach ludowych.
 
Mnie oczekiwało spotkanie skromne: grupa mieszkańców, kozacy… Podnieśli mi chleb i sól. Płaczą… Trzeba było zebrać całą siłę ducha, aby powiedzieć coś na pokrzepienie i nie poddać się istniejącej atmosferze. Wszedłem do skromnej naszej cerkwi, a stamtąd poprowadzono mnie do domu duchownego. W spotkaniu uczestniczyło wielu duchownych, z którymi długo omawialiśmy wydarzenia. Wieczorne nabożeństwo odprawiliśmy w cerkwi bractwa cerkiewnego św. Mikołaja. Towarzyszył mi niepokój. „Czy wytrwa moja Chełmszczyzna? Czy wytrzyma napór? – rozmyślałem wieczorem i modliłem się. Nie mogłem długo zasnąć. Noc była koszmarna.
 
Rano zbudził mnie hałas. Patrzę przez okno – do świątyni ze wszystkich stron idą ludzie, idą procesje z duchowieństwem… Słychać śpiewy wielkanocne… Narodu stale przybywa… O godz. 10 przyszli po mnie hipodiakoni, aby prowadzić mnie uroczyście do świątyni. Z trudem przebijamy się przez tłum. „Chwała Ci, Panie! – ucieszyłem się. Istnieje jeszcze w narodzie męstwo, nie wygasła miłość do Prawosławia, zwycięża ona kpiny i groźby…” Gdy tłum zobaczył mnie w mantii, owładnęła nim euforia, podniósł się duch w narodzie. Przyszli ze wszystkich parafii aby złączyć się wokół swojego arcypasterza. Kobiety płaczą… Lecz jest to już płacz radości i nadziei…
 
Nabożeństwo odprawiałem w podniosłym duchu. Po liturgii poprowadziłem ludzi na pole bitwy. Utworzyła się jedna wielka procesja: las chorągwi, mnóstwo ikon… i ja z pastorałem na przedzie. Nagle tysięczny tłum jak grom z nieba zaśpiewał: „Da woskriesniet Bog i rastaczatsia wrazi jego…” Na polu utworzono podwyższenie. Zaczęliśmy służyć molebien do św. Mikołaja. I nagle widzimy: tym samym szlakiem zbliża się procesja katolicka, lecz znacznie mniejsza od naszej i skręca na prawo, a my staliśmy na lewo. Mówię do duchownego Tracza: wygłoście kazanie, aby zapamiętało się do końca życia.
 
Kazanie było niezwykłe. Skąd znalazły się u niego tak przekonywujące słowa! Całe cierpienie serca wyłożył on w swoim kazaniu. Wszyscy płakali, i on sam płakał… Patrzę, od grupy katolików oddzieliło się kilku ludzi, biegną do nas by posłuchać kazania. Po tym chciałem i ja wygłosić kazanie. Nie zdążyłem zacząć – widzę w tłumie jakieś zamieszanie: młoda kobieta wyrywa się, krzyczy – i z płaczem rzuca się do mnie: „Ratuj mnie!.. Ratuj mnie!..” Okazało się, że mąż jej, katolik, zmuszał ją przyjąć katolicyzm, strasznie ją bił, a gdy i to nie pomogło, zamknął ją w chlewie świńskim, gdzie przesiedziała od wieczora do Liturgii. W przeddzień przejeżdżałem przez tę wieś: gdy dowiedziała się, że jestem w Zamościu, pieszo udała się do miasta.
 
Wziąłem ją za rękę i powiedziałem ludziom: „Oto ofiara katolickiej przemocy! Oto wiara, do której was nawołujemy… Fanatyzm i prześladowanie za wiarę – to zwyrodnienie wiary. Chrystus nie był fanatykiem”. Staliśmy tak na podwyższeniu – płacząca, roztrzęsiona, pobita kobieta i ja w szatach liturgicznych… Scena ta bardzo silnie podziałała na tłum. Gdy wróciliśmy do cerkwi powiedziałem ludziom: „Nie przepadliśmy! Widzicie, jest w nas siła wiary… Duszę moją przepełniała radość”. To tyle wspomnień władyki Eulogiusza.
 
Katolicki fanatyzm religijny od lat zatruwał stosunki pomiędzy prawosławnymi i katolikami. Podobne przypadki jak w Zamościu miały miejsce na całym terytorium Chełmszczyzny i Podlasia. Czasami były one jeszcze bardziej dzikie.
 
Dzięki staraniom, między innymi metropolity Eulogiusza, znaczna część Chełmskiej Rusi w 1912 r. była wydzielona z Polski, tworząc nową gubernię chełmską. W ten sposób po raz pierwszy od wielu wieków władza polskiej szlachty została ograniczona. Lecz na krótko. Po upadku Imperium Rosyjskiego i utworzeniu niezależnej Polski ucisk na tyle wzrósł, że przed wybuchem II Wojny Światowej przekształcił się w prawdziwą wojnę z Prawosławiem. Wtedy zostały starte z oblicza ziemi setki świątyń prawosławnych, w tym perła architektury i arcydzieło na skalę światową – Sobór Aleksandra Newskiego w Warszawie. Efekty tego barbarzyństwa i szowinizmu odczuł cały naród Polski w czasie okupacji hitlerowskiej i II Wojny Światowej.
 
Pisząc te słowa o losach Prawosławia na Podlasiu czy Chełmszczyźnie nasuwa się refleksja: Czym się różni zabójstwo brata tuż po opuszczeniu raju, od tego to uczynił brat Słowianin innemu Słowianinowi? Chyba niczym. Ofiara Abla była miła Bogu dlatego i on odszedł do Boga. Najwidoczniej Prawosławie też jest miłe Bogu, skoro mamy tylu „Abli”. Setki tysięcy ich wstąpiło do niebios, szczególnie w latach 40-tych ub.w. brat katolik-Chorwat, realizował swoje porządki wobec prawosławnych braci Serbów. I podobnie jak Kain nosił na sobie znamię zabójcy, tak zabójca brata - Słowianin nosi znamię nienawistej i nie miłej Bogu pychy. I w tym kryje się całe sedno odwiecznej walki.
 __________________________
Oprac.na podst. „ Droga do świętości” G.Raczuk.
Uspienko-Kazanskij monastyr. 2009r.
Kategoria: Relacje międzywyznaniowe | Dodał: pielgrzym (2012-02-11)
Odsłon: 890