Piątek, 2018-05-25, 2:49 AM

Strona Jana pielgrzyma

Menu
Wejście
Kategorie
Pielgrzymki [29]
Bliski wschód [13]
Relikwie i cudowne ikony [30]
Tradycje prawosławia [31]
Relacje międzywyznaniowe [36]
Rozważania teologiczne [43]
Inne [51]
Wyszukiwanie
Statystyka

Online razem: 1
Gości: 1
Użytkowników 0

Katalog artykułów

Główna » Artykuły » Relacje międzywyznaniowe

PAMIĘCI MĘCZENNIKÓW CHEŁMSKICH I PODLASKICH
Lata czterdzieste ubiegłego wieku to czas wielkiej próby dla prawosławnych mieszkańców wschodnich rubieży naszego kraju, Chełmszczyzny i Podlasia. Po latach zniszczeń i burzenia świątyń, nastały czasy jeszcze groźniejsze. Jak straszliwy tajfun, przez te tereny przeszła fala terroru, palenia wsi i świątyń, mordowania duchowieństwa i wiernych prawosławnych. Szczególnie ziemia chełmska spłynęła krwią niewinnych, udręczonych i zamordowanych. Z raportu arcybiskupa Hilariona wynika, że do 4 kwietnia 1944 r. na Chełmszczyźnie zamordowano ponad 40 księży prawosławnych i 20 diakonów. Duchownych, jako zasadę, przed śmiercią torturowano w nieludzki sposób. Razem z nimi ginęły w analogiczny sposób i ich rodziny matuszki i dzieci. O ile na Podlasiu zamordowano ok. 80 osób i spalono kilka wsi, to na ziemi chełmskiej zamordowano tysiące osób i spalono kilkadziesiąt wsi. Mało kto z ich mieszkańców uszedł z życiem. Jedyną ich winą , na podstawie której skazywano na śmierć było to, że uznawano ich za Ukraińców i że wyznawali Prawosławie.

Echa tego terroru są żywe w pamięci jeszcze żyjących mieszkańców tych ziem. Poniżej prezentujemy zaledwie niewielką część wspomnień świadków tych wydarzeń.

Nawet dziś, po latach, nie sposób spokojnie czytać o tych strasznych czasach, gdy brat katolik - Polak, z taką determinacją mordował prawosławnych braci. Okazuje się, że w tych samych czterdziestych latach ubiegłego wieku brat katolik - Chorwat z zimną krwią zamordował setki tysięcy prawosławnych Serbów. O wydarzeniach tych milczały i milczą media, wszakże to ich bracia katolicy byli katami tych niewinnych ofiar. Chętnie natomiast mówią o swojej tolerancji religijnej, o poszanowaniu bliźniego. Przypomina to trochę piękną konstytucję ZSRR, która niewiele miała wspólnego z postępowaniem władz.

Aby oddać hołd pomordowanym naszym braciom w 75-tą rocznicę ich męczeńskiej śmierci wspomnijmy co przeżyli, jak bronili swojego wyznania, a nawet własnego życia. Oddajmy więc głos świadkom tych wydarzeń.

Jest 9 marca 1943 r. - opowiada Antonina Mitiuk. O w pół do czwartej nad ranem w Sahryniu zawyły syreny alarmowe. Ludzie wybiegli z domów na drogę. Łuna pożarów rozświetlała niebo to płonęły podpalone przez polskie podziemie Turkowice. Od czasu do czasu dochodziły strzały, jeszcze z daleka. I nagle jak nie spadnie grad kul na Sahryń, najpierw od południa, od strony cmentarza. Wszyscy rzucili się do domów. Antonina Mitiuk zdążyła chwycić dziecko, przekazała je teściowej i ruszyła w stronę chlewu ale już nie zdążyła wypędzić dobytku. Ogień polskich partyzantów był szybszy. Razem z teściową i dzieckiem ruszyły prosto przed siebie. Nie były same. Jedni uciekali w stronę Gaju, inni na Terebin, Hrubieszów Ale i stąd zaczął się ostrzał. Zawróciły do wsi. Za późno, droga już była odcięta. Na czworakach zaczęły pełznąć na pole. Śnieg był twardy, marcowy Antonina pocięła nim ręce, ale zdołała wygrzebać nieckę i tam schować dziecko. Razem z teściową przykryły je własnym ciałem. Potem przeniosły się za kupę gnoju. Wkrótce podeszli do nich trzej ukraińscy chłopcy, w nocy stali na warcie, mieli broń. Chłopcy, po co tutaj przyszliście? Nie macie innego miejsca? upominała ich Antonina. I do teściowej mamo nie możemy tutaj leżeć. Na łokciach przeczołgały się w szczere pole, położyły się w bruzdach. Leżały i patrzyły, jak coraz bliżej podchodzą polscy partyzanci Z karabinami zawieszonymi na ramieniu, z torbami pełnymi nabojów. Kogo dostrzegli zabijali. Podeszli do nich. Nie strzelajcie, jesteśmy Polkami prosiła Antonina. A dzisiaj to wy wszyscy jesteście Polakami oni na to. Pokaż kenkartę! ; Nie mam skłamała Antonina, bo w ukrytej za cholewą buta karcie była zaznaczona narodowość ukraińska, nie mogła więc jej pokazać. Po co tutaj przyszłyście, przecież wszyscy Polacy byli uprzedzeni na to partyzanci. Mąż pojechał do Hrubieszowa i nic mi nie powiedział Antonina nie poddawała się łatwo. Niech mnie pan zaprowadzi do Ogonowskich.- Strzelaj bo to Ukrainka - jeden z partyzantów zaczął tracić cierpliwość. Dobrze mówi po polsku, może Polka ciągle miał wątpliwości drugi. I dawaj pytać Ilu synów ma Ogonowski? Pięciu. A córek? Dwie. Za kogo wyszły za mąż? Antonina znała odpowiedź na wszystkie pytania. Polak w końcu zaczął odchodzić. Teściowa cały czas milczała, dziecko leżało w bruździe. Co mam powiedzieć jak przyjdą inni Polacy zapytała jeszcze Antonina. powiesz tak, prawe skrzydło nas minęło, niech minie i lewe. Powtórzyła to, gdy nadciągnęło drugie skrzydło. Toż ty jesteś Ukrainka ; na to polski partyzant. Nie, ja jestem Ogonowska ; Antonina zaprzeczała. ; Niech pan mnie zaprowadzi do domu. W końcu odeszli A ci trzej chłopcy za kupą gnoju już leżeli zabici. Antonina z teściową i dzieckiem zostały do zmroku. Zamarzły bardzo, zdecydowały się wrócić do wsi. A wieś płonęła jak piekło. Patrzą, a tu po drodze, w dolince, dwoje ludzi leży. Może to jakaś zasadzka? ; Lepiej poczekajmy jeszcze na tym polu zaproponowała teściowa. Dopiero nad świtem ponownie ruszyły w stronę wsi. Patrzą, tych dwoje w dolince, których wystraszyły się tak bardzo poprzedniego dnia nie żyje, zostało zabitych. ; Toż to moja mama i stary Szymula zapłakała się Antonina. Potem z bratem już furą wróciła po zmarłych.

Ich wieś, duża, bo licząca ponad trzysta domów, wyglądała strasznie. Śnieg był rdzawy od krwi, na podwórkach, przy drogach, w rzece ludzie leżeli jak snopki za żniwiarką. Nie było komu ich chować. Antonina z bratem, potem też z mężem, wozili zmarłych na cmentarz. Nie byli sami. Ci co przeżyli, chowali swoich i cudzych. Doły wypełniały się błyskawicznie. Jak spokojnie można pochować kilkaset osób, w bólu po stracie najbliższych, w strachu, że to jeszcze może nie koniec? Ilu ludzi w Sahryniu zamordowano? Jedni mówią, że ośmiuset, inni pond tysiąc.

Polskie podziemie otoczyło liczącą sto dwadzieścia domów ich wieś opowiada Lidia mieszkająca dziś w Anglii. Miała wtedy 17 lat, jej siostra Gala i brat Tola nie wiedzieli co ze sobą zrobić. Uciekać nie mieli dokąd, schować się nie mieli gdzie. Rodzice gdzieś się zapodziali w tym zamieszaniu. Nadciągały chmury, robiło się coraz ciemniej. Troje rodzeństwa ruszyło przez ogrody na wschód. Nagle usłyszeli głos mamy. Brat miał wtedy 13 lat i od razu szczęśliwy ruszył w jej stronę. Do córek w tym stresie nie odezwała się. Dziewczynki zaczęły szukać schronienia na własną rękę. Biegały od sąsiadów do sąsiadów, ale przygotowane przez nich kryjówki były już pełne. A polscy partyzanci byli coraz bliżej. Galę weźmiemy, ale ty, Lidka, szukaj sobie innego miejsca, - usłyszała od sąsiadów. Ich schowek mieścił się w wypełnionej słomą stodole. Nie było czasu aby myśleć o tym niebezpieczeństwie. Lidka nagle spostrzegła, że Handzia Tomczuk zamyka wejście do swojej kryjówki wykopanej za parkanem między chatą i stodołą. Ciociu, jest tam miejsce? ; krzyknęła, a otrzymawszy twierdzącą odpowiedź szybko przeskoczyła parkan i wskoczyła do środka. ; Wzdłuż ścian są snopki, bo woda podeszła powiedziała gospodyni. ; Ja tam nie wejdę bo w wodzie nie wytrzymam, lepiej już zginę od kul. Stała tuż obok kosza do młynka wypełnionego ziemią i nim starannie zasłoniła wejście. Z wierzchu kryjówka przypominała kopiec na ziemniaki, nie rzucała się w oczy, bo ogrodzona była parkanem. Siedziały już tam cztery osoby, Lidka była piątą. Milczeli. Za jakiś czas wieś stanęła w ogniu, sucha słoma zapaliła się w mgnieniu oka od zapalających kul. Wszystko trzeszczało. Pisk, lament, wybuchy granatów, niekończąca się strzelanina, ryk zwierząt wszystko to trwało dobre trzy godziny. Gdy ucichło, najstarsi, którzy już dłużej nie wytrzymali w zimnej wodzie, zdecydowali się wyjść. Tego co zobaczyli, nie sposób opisać ani opowiedzieć. Dokoła było szaro od dymu. Cała wieś, jak okiem sięgnąć, dopalała się, wiatru nie było, oczy nie wierzyły temu, co widziały. ;Ratujcie, ratujcie ktoś krzyczał w oddali. Gdzieniegdzie ryczały jeszcze krowy, trzeszczały niedopalone budynki, ogień wciąż strzelał językami w górę, ale już z wolna przygasał. Wszystkie kryjówki, w których wcześniej pytała o miejsce, były otwarte. Zabici leżeli na gromadzie, rzadziej pojedynczo, często bez obuwia. Wielu ciał Lidia nie poznała, bo twarze były popalone. Otwarta też była kryjówka, w której skryła się siostra Gala. Po niej samej ani śladu. Co z mamą? A z tatą? Nikt nie widział ich żywych. Nadchodził wieczór. Razem z kilkoma ocalonymi Lidka skierowała się w stronę chutoru, pod dach prawosławnych gospodarzy. W sobotę jeszcze dalej, do Pawłowicz. Następnego dnia wyruszyła do cerkwi i stanęła pod ścianą. Czuła na sobie spojrzenia wiernych ; widać doszła już do nich tragedia w Łaskowie i zrozumieli, że jest jedną z tych, którzy ocaleli. Nagle podszedł do niej starosta. Jak nazywali się rodzice? ; zapytał, bo batiuszka chce ich pomianut . Nie, nie zakrzyczała tak głośno, że odwrócili się wszyscy ludzie w cerkwi. Oni jeszcze żyją, jeszcze żyją… Ale nie żyli. Ani Gala, ani brat, ani mama, ani tata. Ciało taty odnalazła w jednej z kryjówek dopiero w czerwcu, po trzech miesiącach. Teraz spoczywa na cmentarzu w Łaskowie. Na tym samym cmentarzu wśród 260 zabitych spoczywa swiaszczennomuczenik Lew, syn znanej rodziny chełmskich duchownych Korobczuków. Zginął w schronie razem z parafianami. Osierocił matuszkę i dwoje małych dzieci. Dziś na parafii w Krylowie jest o. Jan Kot. Sahryn, Łasków i Krylów to jego parafia, cały powiat. Ma pod swoja pieczą jedną hrubieszowską cerkiew i 49 cmentarzy. Nie trudno się domyślić ile tu było cerkwi

W Pienianach w Wielki Piątek 1943 r. bandyci zabili 12 osób. Mojego ojca zabili na Paschę – mówi Aleksander Borowik. Jedenaście lat miałem, słyszałem jego krzyk. Powiązanych mężczyzn i ojca wlekli bandyci gdzieś przed siebie. Razem z nim zamordowali 50 osób

Akowcy otoczyli nasze sioło Posady. Nikogo z niego nie wypuszczali. Zabili naszego wójta oraz 20 innych mieszkańców wsi. Dwa kilometry od naszej wsi była wieś Styniatyń. Ludzie stąd pracowali w mieście. Do sioła nie wracali na noc. Bali się. Daleko za siołem stała chatka pod lasem. Tam spali. I tam w nocy ich dopadli. Zamordowali 28 osób. Języki wyrywali, nogi łamali, kobietom brzuchy rozpruwali. A jeden spał w lesie. Usłyszał krzyk wielki. Przybiegł do sioła. Wszystkich postawił na nogi. Ludzie pouciekali. Bandyci zastali pustą wieś. Całą spalili

W 2003 r. Sobór Biskupów naszej Cerkwi na sesji wyjazdowej w Chełmie zaliczył do grona świętych wszystkich zamordowanych za wiarę prawosławnych mieszkańców Chełmszczyzny i Podlasia. Ktoś z ciekawości zapytał: ilu ich było i czy znamy ich imiona i nazwiska. Odpowiedź usłyszał negatywną. Imiona większości pomordowanych zna wyłącznie Bóg. Na ikonie, poświęconej tym Męczennikom, tylko w pierwszych rzędach widnieją osoby znane, nad resztą widnieją tylko aureole ; symbol świętości. Sobór postanowił, że święci Chełmscy i Podlascy będą wspominani we wszystkich świątyniach na terenie całego kraju, razem z innymi świętymi Prawosławia. I tak Cerkiew nasza wzbogaciła się o niezwykłą drużynę, zanoszącą swoje modlitwy za nas grzesznych u Tronu Bożego.

Postarajmy się przebaczyć ich katom i oprawcom. Do tego zobowiązuje nas wiara prawosławna, którą wyznajemy. Ocenę postępowań takich ludzi pozostawmy Bogu.

Źródło: Przegląd Prawosławny rocznik 2008.
Kategoria: Relacje międzywyznaniowe | Dodał: pielgrzym (2018-04-12)
Odsłon: 42