MIGAWKI ZE ŚWIĘTEJ GÓRY ATOS - Tradycje prawosławia <!--%IFTH1%0%-->- <!--%IFEN1%0%--> - Katalog artykułów - Strona Jana pielgrzyma
Czwartek, 2016-12-08, 5:58 AM

Strona Jana pielgrzyma

Menu
Wejście
Kategorie
Pielgrzymki [27]
Bliski wschód [11]
Relikwie i cudowne ikony [27]
Tradycje prawosławia [27]
Relacje międzywyznaniowe [32]
Rozważania teologiczne [42]
Inne [45]
Wyszukiwanie
Statystyka

Online razem: 1
Gości: 1
Użytkowników 0

Katalog artykułów

Główna » Artykuły » Tradycje prawosławia

MIGAWKI ZE ŚWIĘTEJ GÓRY ATOS

                 

W latach 40-tych ub.w. na Atosie  „podwizałsia”  archimandryta Cherubin, Grek z pochodzenia. Pozostawił on po sobie wiele wspomnień, świadczących  o  życiu mnichów w tej duchowej oazie - Ogrodzie Przenajświętszej Bogarodzicy. Szczególnie wzruszający jest opis życia eremitów na skalistej pustyni zwisającej nad samym Morzem Egejskim. Ta część Atosu  nazywa się Karulii. Ze względu na ryzyka poruszania się  po skalistych występach góry – nie docierają tam pielgrzymi.  Dlatego warto przybliżyć niezwykłe życie ascetów, prawdziwych heroldów ducha, na tym skrawku Świętej Góry. Poniższą część wspomnień  autor zatytułował „Rozkwitła pustynia niczym lilie”.

„Nasz Starzec miał  błogosławiony zwyczaj. Od czasu do czasu posyłał eremitom coś, co mogłoby ich pocieszyć w odludnym pustkowiu. Jeden z naszych braci, obładowany różnymi rzeczami, wyruszał w drogę na pustkowie.

Upłynął  spory okres czasu od tego momentu jak przybyłem do naszej pustelni, kiedy to w dzień przed Bożym Narodzeniem – o ile pamiętam – wezwał mnie starzec i powierzył mi to błogosławione zadanie… Pokłoniłem się ikonom w naszej cerkiewce, zapakowałem swój sak, wziąłem laskę i wyruszyłem w stronę Karulii.  Była to moja druga wizyta w tym miejscu, gdzie nie ma wody pod dostatkiem ani bogatych w owoce drzew i dzikiej zieleni leśnej, tak jak w innych rejonach św. Góry Atos.

Pustynia na Atosie to środowisko skalne ze stromymi przepaściami i urwistymi skałami, które tworzą spady sięgające do samego morza. Tylko gdzie nie gdzie można dostrzec pnące się drzewa, dęby i zarośnięte krzewami rośliny, w których pustynne  ptaki znajdują swój „dom i schronienie”, osładzając dookoła wszystko swoim śpiewem.  

Wszystkie ścieżki i dróżki prowadzące do groźnych Karulii, pamiętam jeszcze z pierwszej mojej wizyty u spowiednika hieromnicha Chrystoduła. Po strasznych, ale od wieków zroszonych uświęconym potem ascetów, skałach schodziłem ogarnięty strachem, aby się z nich nie zsunąć. W pewnym momencie znalazłem się na krawędzi wielkiej skały, która wisiała dokładnie nad morzem. Wysokość była bardzo duża. Z drugiej strony przyczepione były zwisające schody i łańcuchy prowadzące do mnichów mieszkających w zachodniej części Karulii. Schodziłem bardzo uważnie podziwiając samowyrzeczenie się tych orłów duchowych i ich oddalenie  się od wszystkiego. Podziwiałem ich za to, że zdecydowali się na umieszczenie do końca swego życia tych "orlich gniazd” na potężnych, a zarazem niebezpiecznych skałach.

Na początek zatrzymałem się w pustelni starca Bartłomieja, która była przyklejona  jak morski małż po środku spadzistej przepaści. W swej malutkiej celi przyjął mnie z uśmiechem. Siadaj – powiedział. Poczęstuję cię herbatą pustynną. Nie miałem jednak za dużo czasu. Pozostawiłem trochę pożywienia na Boże Narodzenie, aby mógł chociaż  na jeden dzień  odstawić swój powszedni posiłek, którym były suchary i woda. Przesyła to mój starzec jako „Bożonarodzeniowe błogosławieństwo” – powiedziałem.

Następnie udałem się do eremu rosyjskiego ascety  o. Nikona.  Otworzyły się drzwi i ujrzałem tę wspaniałą postać. Ukłonił się pierwszy i powiedział coś po rosyjsku. Słuchałem co mówił, nic nie rozumiejąc. Patrzyłem i podziwiałem. Oto niebiański człowiek, żyjący jeszcze na ziemi – myślałem w sobie.  Ileż to razy w naszym życiu chcielibyśmy spotykać  takich ludzi. Jestem przekonany, iż nawet najbardziej twarde i przesączone świeckim duchem  serce nie byłoby w stanie pozostać niewzruszonym i bez zainteresowania, mając przed sobą taką postać, widząc wielkość, którą kształtuje dzikość miejsca i wewnętrzny spokój tych ludzi. Wówczas każde serce się otwiera, zmiękcza i wzrusza.

Asceta staruszek najprawdopodobniej zorientował się z jakiej pustelni pochodzę, ponieważ w trakcie tego co mówił, usłyszałem imię ojca Joachima. Otworzyłem swój sak i przekazałem przesyłkę Starca, którą przyjął z pewną trudnością.

Kiedy poprosiłem go o naczynie, w które chciałem nałożyć trochę robionych przez nas konfitur, wówczas mi odmówił. Jednak widząc moją nieustępliwość, przyniósł jeden gliniany talerz. Od razu można było się zorientować, iż używał go wielokrotnie i nigdy nie zmywał. Pozostałości po różnych potrawach były bardzo widoczne! Chwilowo wahałem się włożyć tam ciastko. Jednak starzec widząc moje wahania, uśmiechnął się i powiedział łamanym językiem greckim: Ja pustelnik.

Wówczas położyłem do tego beznadziejnego, według nas ludzi, talerza przyniesioną słodycz. Byłem dogłębnie wzruszony ascetyczną surowością, niewolnictwem ciała i uczuć tego starca. Któż mógłby się domyśleć w jaki sposób zostanie ono zjedzone … Być może tak jak to czynili dawni asceci, którzy wlewali do jedzenia  wodę, aby straciło swój smak, i  w ten sposób unikali zadowolenia podczas posiłku.                 

W spontaniczny sposób zgiąłem się, aby pocałować jego „podriaśnik”, ale był szybszy ode mnie. Jednym ruchem znalazł się na kolanach przede mną z nachyloną głową do ziemi. Będąc w tej pozycji powtarzał nieustannie: „Dziękuję, dziękuję”. Ten niezapomniany pustelnik, to najwyższy oficer rosyjskiej armii, władający wieloma  językami, bardzo wykształcony ojciec Nikon.          

Mój Boże! Gdzie są tacy ludzie dzisiaj, którzy poprzez odwagę swego świętego życia, po przez płomienną modlitwę i uświęcający post, mogą wpłynąć na Twoje (Boże) sądy, przeganiać demonów i przenosić Twoje Królestwo na ziemię? Przebacz nam Boże za ubóstwo naszej epoki.

Pogrążony w tajemnice,  które kryją w sobie dusze eremitów i  hezychastyczne życie, dotarłem nie zorientowawszy się do pustelni naszego spowiednika ojca Chrystofora. Powitał mnie  wraz ze swoim uczniem o. Symeonem i poczęstował ugotowanym ryżem. Po krótkim odpoczynku udałem się w dalszą drogę aby odwiedzić i innych ojców, którzy mieszkali we wschodniej części Karulii.

Przejście z zachodniej części na wschód Karulii jest najbardziej niebezpiecznym odcinkiem, bowiem dzieli je głęboka i dzika przepaść, która doprowadza nagle do morza. Niegdyś asceci wyciosali w skałach, w tym niebezpiecznym miejscu, przejście, przez które z trudem może przejść jeden człowiek.  Do wyciosanego miejsca dostałem się za pomocą wiszących na sznurach schodów i łańcuchów. Widok był wstrząsający. Jednak musiałem to pokonać. Trzymałem się za łańcuch, który ojcowie przymocowali potężnymi  gwoździami do górnej skały. Poruszając się uważnie do przodu znalazłem się przed otworem wielkiej i głębokiej jaskini.

W półmroku, w różnych miejscach jaskini, dostrzegłem ludzkie szkielety. Odniosłem wrażenie, iż na pewno należą one do eremitów, którzy zasnęli tam snem wiecznym leżąc lub siedząc. Przypuszczam mianowicie, iż straszna dla wszystkich ludzi godzina śmierci zastała tych świętych w czasie odpoczynku, gdy jej oczekiwali, wiedząc kiedy nadejdzie, lub w najbardziej znanej pozycji, podczas której oddawali się nieustannej modlitwie Jezusowej.

Moja duszę ogarnęła bojaźń. Miałem przed sobą najprawdopodobniej uświęcone  relikwie eremitów, dla których owa jaskinia była jedynym milczącym świadkiem ciężkich duchowych zmagań całego ich życia… Rozejrzałem się dokładniej po całej jaskini. Dwadzieścia metrów na wschód od wejścia dostrzegłem wybitą w skale ławkę. Nad nią zauważyłem pozostałości pewnych polichromii. Nie miałem już żadnych wątpliwości. Służyła ona za ołtarz. Zapewne tam sprawowano św. Liturgię. Uklęknąłem wzruszony i ucałowałem to święte miejsce.

Boże mój, uczyniłeś mnie godnym bycia w takim miejscu! Pełen bojaźni Bożej ucałowałem niektóre kości i odszedłem z sercem przepełnionym duchową radością.

Przeszedłem nieopodal wielu ascetów, których życie charakteryzowała konsekwencja wobec samych siebie. Byli to prawdziwi mnisi i asceci. Wśród nich był o. Nil, rosyjski eremita w starszym wieku , który w ogóle nie rozmawiał po grecku. Mieszkał tam  również i inny   Rosjanin – hieromnich Parteniusz. Dużo słyszałem o jego mądrości, świętości, ale i  królewskim  pochodzeniu.

Kiedy otworzył mi drzwi swojego eremu, ujrzałem w jego osobie  symbol zwycięstwa nad chwałą i marnością tego świata. Ukazała mi się arystokratyczna książęca fizjonomia w przetartej rasie. Na szczęście rozmawiał trochę po grecku. Wziął mnie za rękę i poprowadził do swojej cerkiewki. Niektórzy opowiadali, iż będąc tam odczuwali wyjątkowy, przyjemny zapach. Posiadał w sobie coś duchowego, co przyciągało innego człowieka i było rezultatem odbicia, istniejącej w nim łaski Bożej. Z tego co mi powiedział,  zdołałem wywnioskować, że będąc dzieckiem, bawił się w Petersburgu wraz z greckim królem Jerzym II. Niewątpliwie znajdował się on w pierwszej dziesiątce najbardziej znanych starców na Atosie w tamtych czasach.

Mój program uległ pewnej zmianie, bowiem nasz spowiednik zaproponował mi pozostanie na całonocnym  nabożeństwie Bożonarodzeniowym. Wraz z uczniem naszego spowiednika ojcem Symeonem uporządkowaliśmy pustelnię przed nadchodzącymi świętami. Późnym popołudniem zaczęli nadchodzić mieszkający niedaleko asceci, aby świętować wraz z nami.

Siedząc na niedużej werandzie wpatrywałem się w schodzących po skałach  eremitów. Jedni z nich schodzili po wiszących  schodach, drudzy za pomocą  łańcuchów.  Jedni podążali za drugimi. Niezapomniany widok!  Młodzi i starzy tworzyli tak jakby złoty, żywy łańcuch ubranych w wielokrotnie załatane szaty mnichów wraz ze starymi sakami. Ich twarze były skromne i poważne Witali się nawzajem i zajmowali miejsca w małej cerkiewce.

„Właśnie ci ludzie, wybrany lud Boży, umiłowane dzieci Boże, będą tymi, którzy wezmą udział w dzisiejszym całonocnym czuwaniu” – mówiłem sam do siebie. 

Zima była bardzo mroźna. Wszyscy otulali się swoim ubogim odzieniem. Czym dłużej trwało nabożeństwo, zimno stawało się coraz bardziej odczuwalne.  Jeden siwobrody asceta, w bardzo podeszłym wieku, nie miał na swych nogach butów. Więc swoje nogi okręcił workami. W pewnym momencie zbliżył się do małego pieca i starał się ogrzać skostniałe nogi. Przebywał tam dość długo pogrążony w modlitwie. Nagle worki pokryły się  ogniem. Podbiegliśmy i ugasiliśmy ogień. Na szczęście na nogach starca nie pozostało żadnych oparzeń.

Jutrznia dobiegła końca. Rozpoczęła się Liturgia. Nadchodził czas spotkania. Bóg był blisko. Zauważyłem,  iż wiele oczu, które na Niego czekały, pokryte było  łzami duchowego uniesienia.  Niektórzy byli pochyleni tak bardzo, iż trudno było dostrzec ich twarze.

Święte świętym” – usłyszeliśmy głos kapłana. Od tego czasu Ojcowie podchodzili według starszeństwa i prosili o wybaczenie Boga i wszystkich obecnych robiąc tradycyjny pokłon.

Dziękowałem Bogu z głębi serca za możliwość ujrzenia w jaki sposób przystępują  do Eucharystii asceci. Był to widok niepowtarzalny.

Po chwili owe mistyczne doświadczenia dobiegły końca. Przygotowano wszystkim kawę. Nadszedł czas na posiłek. Trochę ryżu i ryba, którą przysłała nasza wspólnota, stały się Bożonarodzeniowym,  świątecznym posiłkiem. Asceci jedli w milczeniu i wsłuchiwali się w czytane porady duchowe. Ich umysły były oddane w zupełności słowu Bożemu  i modlitwie, a nie posiłkowi. Nikt nie ośmielił się  unosić głowy i rozglądać się na prawo czy na lewo.  Kto kończył swój posiłek, cierpliwie czekał ze spuszczoną głową. Kto wie kiedy ostatni raz spożywali rybę!

Po obiedzie owo błogosławione zgromadzenie zaczęło się rozchodzić. Już nigdy więcej nie miałem okazji znalezienia się w podobnym świątecznym spotkaniu ascetów.  Jednak, to co przeżyłem  spowodowało, że częściej odwiedzałem Karulii.

___________________________________________________________

Archimandryta Cherubin: Wspomnienia ze św.Góry Atos. Hajnówka, Bratczyk 1999r.                                

Kategoria: Tradycje prawosławia | Dodał: pielgrzym (2016-11-07)
Odsłon: 20