ANACHORECI ATOSU NA KARULACH - Tradycje prawosławia <!--%IFTH1%0%-->- <!--%IFEN1%0%--> - Katalog artykułów - Strona Jana pielgrzyma
Czwartek, 2016-12-08, 6:00 AM

Strona Jana pielgrzyma

Menu
Wejście
Kategorie
Pielgrzymki [27]
Bliski wschód [11]
Relikwie i cudowne ikony [27]
Tradycje prawosławia [27]
Relacje międzywyznaniowe [32]
Rozważania teologiczne [42]
Inne [45]
Wyszukiwanie
Statystyka

Online razem: 1
Gości: 1
Użytkowników 0

Katalog artykułów

Główna » Artykuły » Tradycje prawosławia

ANACHORECI ATOSU NA KARULACH

         

O Atosie  wiemy już wiele.  Część z nas  pielgrzymowało do tego unikalnego miejsca na ziemi. Do tych ostatnich mogę zaliczyć  i siebie.  Większość  odwiedzających Atos kieruje się zwykle do wielkich monasterów, których na Atosie jest 20.  Wiemy  jednak, że życie mnisze  na Atosie  nie kończy się na monasterach. Znaczna część mnichów mieszka poza monasterami w różnego rodzaju celach i kaliwach. Zamieszkują je pustelnicy - anachoreci. Ich ubogie zabudowania spotykamy niemal na całym półwyspie. Jednakże jest na Atosie miejsce szczególne, niemal niedostępne, do którego nie docierają pielgrzymi. Znajduje się ono na samym południowym cyplu półwyspu i zwie się Karula. Opis tego miejsca znajdujemy w książce „Atos” J.Gardnera. Autor z grupą rosyjsko-serbskich pielgrzymów odwiedził mieszkających tam anachoretów. A oto  skrót jego relacji.

Gdy podeszliśmy do krawędzi ogromnej skały  przed oczyma naszymi odtworzył się niesamowity widok. Z masywu górskiego wystawały w kierunku morza dwa ogromne występy skalne. Wydawało się, że zejście na dół po tych skałach jest niemożliwe. Przed nami przepaść, sięgająca głębin morskich. Rozglądając się  ujrzeliśmy w dole na skałach małe białe krzyżyki świadczące, że tam mieszkają mnisi. Tam muszą być ich cele uczepione skał. Mając miejscowego przewodnika zdecydowaliśmy się  odwiedzić ich.

Ścieżka, po której poruszaliśmy się prowadziła po wąskim występie skalnym przechodząc miejscami w naturalną drabinę. Zaczęliśmy schodzić na dół.  Poruszaliśmy się jeden za drugim starając się nie patrzeć w dół aby nie dostać  zawrotu głowy. Z jednej strony mieliśmy rozgrzaną słońcem ścianę, z drugiej przepaść. Miejscami ścieżka  zamieniała się w kładkę podpartą  palami. Powtarzało się to wielokrotnie. Schodzenie trwało dość długo i było bardzo niebezpieczne. W końcu dotarliśmy do pierwszej celi, gdzie  mieszkał grecki mnich. Spotkał nas wielce uradowany, bosy, cały w łachmanach. Takiego ubóstwa jeszcze nie widzieliśmy. Pokazał nam swoją  ubogą, malutką  cerkiewkę i celę wielkości przedziału wagonowego.  

Dalej skierowaliśmy się do celi miejscowego starca Teodozjusza. Cela i cerkiewka usytuowane były na niewielkiej platformie skalnej. Cerkiew spełnia funkcję soboru, bowiem starzec  był ojcem duchownym niemal wszystkich  mieszkających na Karuli anachoretów.  Byli wśród nich Rosjanie, Serbowie, Bułgarzy, Grecy. Przybywają do niego do spowiedzi i po porady duchowe. Obok cerkwi malutki balkonik podparty palami. Z balkonu ujrzeliśmy w dole wiele przylepionych do skał, podobnych do gniazd jaskółczych, cel mniszych. Skały, rozgrzane promieniami słońca, potęgowały i tak trudne warunki życia  mnichów. Rzadko pojawia się tu jakaś roślinność.

Dalej poprowadził nas mnich Zosima.  Ścieżka prowadziła miejscami po wykutych w kamieniu schodkach. Wyszliśmy na  niewielką platformę. Z trzech stron otaczały ją ogromne skały. Z odsłoniętej części ziała przepaść. Nad nią dosłownie zwisała gładka wyślizgana skała. Ujrzeliśmy przymocowany do niej długi na kilkadziesiąt metrów  łańcuch. Mnich oświadczył, że  jest to jedyna droga w dół, innej nie ma. Spojrzenie w dół zapierało dech w piersiach. Nachylenie skały wynosiło ok. 75 %. Jedyny sposób pokonania tej „drogi” to pełzanie na brzuchu, uczepiwszy się  przytwierdzonego do skały łańcucha. Gdzie niegdzie w skale wyczuwaliśmy małe  wgłębienia dla oparcia czubka obuwia. Odrobina nieuwagi lub zasłabnięcie może zakończyć naszą pielgrzymkę. Po przeżegnaniu się położyliśmy się na brzuchy i w ślad za mnichem Zosimą,  uczepiwszy się łańcucha, zsuwaliśmy się na dół. Jeden z naszych pielgrzymów powiedział: „komu życie nie miłe niech pełznie, ja zostaję”. Mnich Zosima pokonywał tę trasę z łatwością. Twierdził, że nieraz  pokonywał ją  po kilka razy na  dzień i to z bagażem na plecach. Dzięki Bogu nikt tu jeszcze nie odpadł od tej skały, a przecież mieszkają tu sędziwi starcy. Ochrania nas Królowa Niebios, mówił Zosima. W końcu zeszliśmy na niewielką  płytę. Obok była jaskinia. Niegdyś mieszkali tu mnisi. Dziś jest pusta.

Dalej ścieżka prowadziła wąskim  występem, na którym z trudem  mieści się  jedna osoba.  Mnich ostrzegał - lepiej nie patrzeć  w dół. Dalej  kolejne  łańcuchy i kolejne cele mnisze.  W końcu dochodzimy do malutkiej samotni przycupniętej do skał.      Postanowiliśmy tam zajrzeć. Spotkał nas bardzo uradowany mnich odziany w łachmany.  Pokłonił się nam do ziemi.  Prosił o wybaczenie, że  żyje tak skromnie. Pokazał nam cerkiew pachnącą kadzidłem i suszonymi trawami. Mieszka tu dwóch mnichów. Obok istnieje jaskinia. W  niej znajduje się  wykuta w skale cysterna, do której spływa woda deszczowa. Zachowuje ona świeżość nawet przez dwa lata. Woda jest skarbem na Atosie, a szczególnie tu, na Karuli, gdzie nie ma ani jednego źródełka. W podobny sposób gromadzą wodę wszyscy mieszkający tu mnisi. Woda    i suchary  to  podstawowe artykuły spożywcze anachoretów.        

Kolejną pustelnią była cela Zosimy. Znajdowała się na samym końcu ścieżki. Zbudowana była z wiekowych desek. Usytuowana  na  płaskiej skale  podpartej kamiennym murkiem. Wnętrze wielkości przedziału w wagonie sypialnym.  Za łóżko służyły deski pokryte  kozią skórą. W rogu wisiały stare ikony. Mnich z roztargnienia   i radości po prostu nie wiedział  jak nam dogodzić. Cieszył się jak małe dziecko.  Ugościł  nas starym  winem, które trzymał latami dla specjalnych gości. Twierdził, że w te okolice nikt nie zagląda. A tu taka radość. Zapytaliśmy  jak tu się żyje zimą. Odpowiedział, że mieszka jak na daczy, nie jest zbyt zimno, jedynie często padają deszcze. Jak zwykle mnisi na nic nie narzekają. Wyrzeczenia ich obejmują  nieraz surowe warunki klimatyczne.   

Na herbatę wróciliśmy do poprzedniej kaliwy. Gościnność i radość z naszej wizyty nieopisane. Tak żyją tu mnisi. Wydawało nam się, że ożyły przed nami opisy życia mnichów zawarte w starych księgach. Byliśmy przeniesieni jakby do innej, dawno minionej epoki. Cerkiew modli się za „braci naszych znajdujących się  w górach, wertepach i rozpadlinach ziemskich”. Tu poczuliśmy prawdziwy sens tych modlitw. Trudno dostać się do tych pustelni bez narażenia życia. Tutejsze  rozpadliny skalne  są straszne. Pomimo to w ich głębiach ukrywają się ci, którzy pragną swoim duchem dolecieć do krain niebiańskich. Dla nich rozpadliny te są wrotami do życia wiecznego. Warunki życia anachoretów są trudne. Pomimo to odnajdują tu radość   w modlitwie, poście i wyrzeczeniach. Pozbawieni najprymitywniejszych warunków  do życia, cierpią niedostatek  pożywienia, wody, odzieży. Znoszą cierpliwie żar lata i chłód zimy. Żyją  wyłącznie z Bogiem. Dla nich już nie istnieje  potrzeba  ziemskiego komfortu. Są już wolni od niego i szczęśliwi.

Żal nam było rozstawać się z pustelnikami. Żałowali też i oni. O naszym pobycie na Karuli wiedziało wielu anachoretów. Wielu też odwiedziliśmy. Na pożegnanie rozczuliła nas do łez niezwykła scena: ze wszystkich pustelni donosiły się odgłosy drewnianych dzwonów (biła). To anachoreci wyszli ze swoich szałasów i rytmicznie uderzali w swoje  dzwony. Echo tych uderzeń napełniało okolicę i niosło się daleko. Tak wyrażali swoją radość z naszej wizyty, a może i smutek z rozstania z nami. Byliśmy tak porażeni wszystkim co zobaczyliśmy i przeżyliśmy, że z trudem ogarnialiśmy to wszystko.  Zobaczyliśmy   świat, o istnieniu którego  świat nawet nie  ma pojęcia.

W drodze powrotnej zajrzeliśmy jeszcze na pożegnanie  do celi starca Teodozjusza. Zastaliśmy tam jego ucznia, mnicha bosego, silnie opalonego, całego w łachmanach, które przykrywała bardzo zniszczona sutanna najwyższej ascezy mniszej - schimy. Przyszedł do spowiedzi i przyjęcia św. Komunii.   Pytaliśmy starca gdzie on mieszka - tylko Bóg wie gdzie mieszka i czym się żywi - odpowiedział. Wielu jest takich anachoretów zawieszonych pomiędzy ziemią i niebem. Czasami mnisi znajdują ich ciała w szczelinach górskich. Zabierają je do monasterów, gdzie są grzebani. Część mnichów mieszka w górach w zupełnej izolacji, w miejscach niedostępnych dla ludzi. Jedynie starcy - ich duchowi przewodnicy, znają ich. Wszyscy anachoreci to kwiaty duchowe, wyrosłe na bezpłodnej,  skalistej pustyni.

Nasz przewodnik mówił, że niemal pod samym szczytem Atosu (wyskość 2033m) też  są mnisi. Odwiedza je często Przenajświętsza  Bogarodzica, a pożywienie otrzymują od aniołów. Nikt jednak nie zna miejsca ich pobytu, ale wiemy, że tam   są.

Relacji  o życiu anachoretów  atoskich nie sposób czytać spokojnie. Jest to dla nas świat nieznany, a nawet trudno wyobrażalny. Ludzie ci, na podobieństwo ptaków gnieżdżących się na skałach, wybrali tak wyjątkowo trudne do życia, niedostępne miejsca, aby tam w ubogich szałasach żyć do końca swoich dni, modląc się nie tylko o zbawienie swoich dusz, ale i za nas wszystkich. O takich ludziach apostoł Paweł  pisał:  „świat nie jest ich godzien”.

Dziś na Atosie  swój duchowy podwig niesie ponad dwa tysiące mnichów. Tu modlitwa trwa nieustannie. Samych liturgii odprawia się od 250 do 300 dziennie. Jeśli do  Atosu  dodamy co najmniej półtora tysiąca monasterów, rozsianych po wielkiej  rodzinie narodów prawosławnych, zobaczymy jak wielkim bogactwem dysponujemy. Bogactwem tym jest modlitwa. Nie ulega wątpliwości, że dzięki niej istnieje jeszcze świat,  istniejemy i my. Według ojców świętych świat będzie istniał dotąd dopóki będą istnieć monastery.    

                             

Kategoria: Tradycje prawosławia | Dodał: pielgrzym (2014-11-10)
Odsłon: 345